Olga Mięsok
MOJA PIEŚŃ JEST ZROBIONA ZE ŚMIERCI I Z PŁACZU.
OBSESJA UMIERANIA W NAJNOWSZYCH WIERSZACH
JAROSŁAWA MARKA RYMKIEWICZA
Jeśli ktoś myśli, że ogród w Milanówku, to jakiś szczególny ogród, pełen tajemnic i strachów, to grubo się myli. To ogród jak każdy inny. Pełno w nim jeży, kotów, kretów, kawek, latem kwitnie maciejka, jesienią srebrne listki traci brzoza, zimą suchy głóg i sucha róża uginają się pod ciężarem śniegu. Ot, zwyczajny, podmiejski ogród i zwyczajny jego właściciel. Takich ogrodów nie tylko w Milanówku, ale i w całej Polsce jest na pęczki – i to wcale nie z powodu drzew, ptaków, jeży i kotów, ale dlatego, że ogród w Milanówku i zachód słońca w Milanówku są dokładnie takie same, jak zachody słońca i... (i tu już zdradzę całą tajemnicę tego tomiku) życia na całym świecie.
Jarosław Marek Rymkiewicz jest dla mnie poetą szczególnym. Po pierwsze dlatego, że tak samo jemu, jak i mnie, bliski jest ksiądz Józef Baka ze swoją szyderczą manią śmierci, napominający sarkastycznie niemal w każdym wierszu: “Pomrzecie, zgaśniecie, jak śmiecie na świecie”.
Po drugie: ponieważ nieustannie i nieprzerwanie próbuje ocalać od zapomnienia, ratować szczątki tego, co umarło, sklejać przeszłość i zapomnianym istnieniom darowywać nowe życie i nowe sensy. Praktyka – owszem – dość kontrowersyjna, i – jakby nie patrzeć – granicząca z obłędem, szczególnie, jeśli stosuje się ją wobec postaci historycznych (patrz: cykl mickiewiczowski Jak bajeczne żurawie). Rymkiewiczowi zdaje się to jednak zupełnie nie przeszkadzać. Czasem wydaje się nawet, że od towarzystwa żyjących, zdecydowanie woli snujące się po ogrodzie duchy Brahmsa, Schuberta, Husserla czy Mandelsztama. I nie jestem do końca pewna, czy nie ma racji.
Jednak – rozsmakowany niemal perwersyjnie w pejzażu śmierci, w barokowym, pełnym przepychu, opisie katafalków, całunów i mar, Rymkiewicz z poprzednich tomików wierszy – w Zachodzie słońca w Milanówku zmienia ton. Popisy kokieteryjnej nekrofilii i swoiste delectatio morosa ustępują prawie franciszkańskiemu traktowaniu śmierci jako nieodłącznej towarzyszki życia.
Rymkiewicz nie walczy już, jak dawniej, z bogami Nietrwałości Wszechrzeczy i z Nieuchronnością Przemiany, nie buntuje się przeciwko upływowi czasu, który zmiata bezlitośnie z powierzchni ziemi wszystko i wszystkich. Przestaje być poetą “międzyczasu”, który miotał się bezradnie pomiędzy “tu” i “tam”. Wydaje się, że coraz bliżej (i wygodniej) jest mu jednak do “tam”.
Obsesja śmierci, życia pozagrobowego (dokładnie tak: życia), towarzyszy poecie właściwie od pierwszego tomiku Konwencje (1957). Śmierć przeplata się tu z życiem, życie współistnieje ze śmiercią, granica pomiędzy tymi pojęciami jest cienka i... śliska, jak trawa w ogrodzie, namokła od krwi i śluzu umierających tam stworzeń.
Rymkiewicz z uporem maniaka próbuje wskrzesić do życia (ale nie w tradycyjnym, chrześcijańskim rozumieniu) umarłe byty. W Zachodzie słońca w Milanówku to ludzie, ale też jeże, koty, ptaki, a nawet uschnięte, czy wycięte własnoręcznie przez poetę, drzewa. Życie przegrywa tu walkę ze śmiercią. Śmierć jest silniejsza, ma większą władzę i wobec niej życie ziemskie niewiele znaczy, jest tylko krótkim etapem w egzystencji każdego stworzenia. Po śmierci zaś ciało traci swą śmiertelną formę, a zyskuje nowy wymiar. Wcale nie ostateczny, doskonały i boski, bo umarli Rymkiewicza nie idą po śmierci do nieba, ale snują się po jego ogrodzie. Ten moment przejścia z życia ziemskiego w życie wieczne nazywa Rymkiewicz przemienieniem. Ciało gnije i przemienia się w zbutwiałe kości, a dusza oddziela się od ziemskiej powłoki i krąży po świecie, bo tak naprawdę wcale nie chce z niego odchodzić.
W Tomiku Co to jest drozd (1973), Rymkiewicz pisał:
Pełznie ciało spod zieleni spod korzeni,
ale nie wie, w co by mogło się przemienić”.
I tak, trupioblady, z tłustymi włosami i brudnymi paznokciami, Schubert w upojeniu słucha swojej ostatniej sonaty, Józefina Czermakowa w białej sukni tańczy walca, idąc za swoją własną trumną, a Osip Mandelsztam, który “coraz mniej ma z człowieka coraz więcej z jeża”, pochylony, zrywa ostatnią pokrzywę z ogrodu w Milanówku.
Problemem jest jednak to, że “istnieją” tylko duchy tych, o których się pamięta. Gruzińscy poeci – zamordowani w 1937 roku, z połamanymi zębami i zakrwawionymi twarzami – “wpadli do otchłani i żaden z nich nigdy się nie ukaże”, bo wszyscy zostali zapomniani. Tak więc Rymkiewicz, niczym ostatni sprawiedliwy, próbuje ratować, ocalać od zapomnienia przynajmniej tych, którzy na to zasługują, bo – jak pisał w Żmucie – “Każde istnienie chce być pamiętane”.
O ISTNIENIE! O JAKIE TO BRZYDKIE STRASZYDŁO!
Swoista fascynacja umieraniem pogłębia się w twórczości Rymkiewicza z tomiku na
tomik. To nie jest hołd oddany śmieci, która zresztą utożsamiana jest często z kroczącą w śmiertelnym blasku Persefoną. To olśnienie anatomią umierania, która rozbija ciało ludzkie na pojedyncze, krwawe atomy. Wszystko tu jest ciemne, śliskie, mroczne, zewsząd wypływa krew, mieszająca się z łzami, wszystko gnije, wpada do szamba albo do kompostnika na obrzeżach ogrodu poety. Wszędzie czają się muchy, “w gnoju słychać pisk robaka”, którego “tłuste prawnuki ruszają się w szambie”, tutaj nawet motyl zamienia się w larwę. To właśnie zostaje z Pascala, Husserla, Schuberta, z każdego umarłego jeża, kota, czy ptaka. Ba – zdaje się ostrzegać poeta – to właśnie pozostanie ze mnie i z ciebie.
Umieranie, szczególnie umieranie w męczarniach, budzi jakiś szczególny, trudny do zaakceptowania, zachwyt. Ale, jeśli się zastanowić, Rymkiewicz nie jest jakimś odartym z ludzkich uczuć potworem. Fascynacja śmiercią, jej brzydotą i okrucieństwem, jest naturalną skłonnością człowieka, który przed wiekami z lubością przyglądał się po kryjomu sekcji zwłok u doktora Tulpa, a dziś, z taką samą ciekawością, ogląda serial Miasteczko Twin Peaks, czy Z archiwum X.
Zatem, jeśli Kathleen Ferrier zaraz po premierze umiera na raka, to jej śmierć, a właściwie jej umieranie, “ciemne jęki krwawiącej kobiety”, mieszające się z płynącą w tle muzyką Mahlera, będzie przedmiotem zainteresowania poety. “Guz w piersiach i przerzuty w mózgu i w odbycie” to przecież sedno jej egzystencji, finał koncertu życia, a finałów się nie przegapia.
Muzyka gra zresztą w poezji Rymkiewicza ogromną rolę. Poeta jest koneserem i znawcą muzyki klasycznej, szczególnie Schuberta i Bacha. Ale muzyka, dźwięk, tony świetnie przecież współgrają z wierszem. Nie darmo termin liryka pochodzi od antycznego recytowania wiersza przy wtórze dźwięków liry. Czytając Rymkiewicza można niemal usłyszeć melodię śmierci. Świsty, szepty i krzyki układają się w przerażającą pieśń końca, która towarzyszy tym, którzy odchodzą, ale i tym, którzy przychodzą, by choć przez chwilę nacieszyć się tym, co pozostawili na ziemi.
JEST SEN – I JEŚLI WEJDZIESZ – TO WE ŚNIE JEST DROGA
Inspiracja barokiem, barokowym przepychem opisu pejzażu śmierci, z przebrzmiałym nieco echem konceptyzmu, ostre kontrasty i zderzenia pojęć oraz nieustanne obracanie się w przestrzeni symbolicznej, to rymkiewiczowski sposób na zmierzenie się z dorobkiem przeszłości, z pustką teraźniejszości i niepewnością przyszłości. Wiersze z tego tomu, podobnie jak poprzednie, charakteryzuje brak pojęcia czasu jako punktu odniesienia. Interwały czasowe mieszają się z sobą, tracąc swoją istotę. W zamian za to otrzymuje czytelnik pewność istnienia, niezależną od czasoprzestrzeni. U Rymkiewicza wszystko po prostu, najzwyczajniej w świecie – jest. A owo “jest” w żaden sposób nie łączy się z czasem.
I momentami trudno oprzeć się wrażeniu, że ziemskie “wizyty” zmarłych to albo chwilowe przerwanie ich wiecznego snu, albo marzenia senne tych, co po nich tęsknią.
Motywy oniryczne są zresztą często i chętnie przywoływane przez autora. Wszak sen jest bratem śmierci. A umieranie to, zarówno na poziomie frazeologii (eufemistyczne: Zasnąć w Panu), jak i fizjologii, zaśnięcie. Integruje dwie rzeczywistości, jest pomostem, który je łączy. Wcale nie jest etapem spoczynku, czy nieświadomości, bo:
Bóg zasnął ale patrzą Jego wieczne oczy,
a duchy przychodzą najczęściej właśnie wtedy, kiedy “świat jest uśpiony”, bo wtedy najłatwiej pomylić jawę ze snem, rzeczywistość z fikcją. Nie bez przyczyny wykrwawieni, bladzi zmarli “jadą późną nocą”, ale dokąd, po co i czy aby na pewno, pozostaje tajemnicą zawieszoną pomiędzy snem a rzeczywistością.
W ostatnim wierszu tomu, napisanym, jak skrzętnie notuje poeta, w maju 2002 roku, czytamy:
Ja mam na twarzy czarną chustę
Po pustych schodach ktoś się skrada
(...)
Opowieść ta już jest skończona
(...)
A ja umarłem po kryjomu
Jest coś niezwykłego w tym wierszu, od którego wionie śmiercią, który zdaje się bezdyskusyjnym czekaniem na zgon, jak na naturalny element egzystencji. Bo odchodzenie poety (tak jest, nie odejście, ale: odchodzenie), to także śmierć duchowości w jego świecie. Bo: “pusty jest dom piwnice puste”, a “w domu ktoś mieszka jakieś cienie”, i są to byty zupełnie już niezwiązane z poetą.
Tak więc ogród w Milanówku, to ogród jak każdy inny, a jednocześnie specyficzny, będący centrum wszechświata. To ogród umierania. Taki sam dla Rymkiewicza, dla ciebie i dla mnie. Może różni się gatunkami hodowanych drzew i kwiatów, może inne w nim przemieszkują zwierzęta, może niekoniecznie spacerują po nim koty (bo ja na przykład kotów nie cierpię chronicznie). Jedno jest jednak pewne: zachód słońca, czy to w Milanówku, czy w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi, jest najoczywistszą ze spraw tego świata.
Rymkiewicz z całą pewnością doskonale czuje przeciekający mu przez palce czas i próbuje, skoro nie może jej zapobiec, przynajmniej oswoić śmierć, albo oswoić się ze śmiercią. Chyba właśnie dlatego te wiersze, tak pełne grozy i makabrycznych opisów, pisane są w konwencji piosenki. A piosenka jest ponoć dobra na wszystko. Może stąd ta, przesadna momentami, dbałość o rym, która momentami wymaga od poety szukania niemal luźnych dźwiękowych asocjacji:
co za odlot odlotowy
(Nic innego nie przychodzi mi do głowy).
Może stąd także, chyba nieprzypadkowa, nuta – jakby rodem z Ballad i romansów, w których to nie człowiek, a przyroda rządzi ludzkim losem. Wreszcie, może dlatego ani trupy jadące w wozach, ani duchy wielkich muzyków i filozofów, przechadzające się po ogrodzie, ani nawet jęki, świsty i krzyki nie wywołują histerii czy paniki.
Bo zachód słońca w Milanówku to punkt kulminacyjny życia, punkt, w którym: “powoli powolutku śmierć nas w baśń zamienia”, a przecież każda dobra baśń ma szczęśliwe zakończenie.
Olga Mięsok
Tekst opublikowano w 15 numerze „Plamy”, w 2004 roku.